Przyszła wiosna, a wraz z nią moje zapotrzebowanie na takie granie. Na muzykę, która dobrze nastraja, zbyt mocno nie absorbuje, nie rości sobie pretensji, nie rozpycha się w głośnikach. Na muzykę, która ma po prostu cieszyć i wprawiać w dobry nastrój. Mówiąc krótko, mam ochotę na dobry pop.
Na Szwedów zawsze można było liczyć w tej kategorii. W końcu legenda Abby zobowiązuje. Co prawda czasem prowadziło to Skandynawów gdzieś na manowce w stylu Roxette czy Ace of Base, ale co do zasady to naród, który na porządnym popie się zna. Od bardziej mainstreamowych The Cardigans, Jose Gonzaleza czy Peter Bjorn and John po przeróżne odcienie indie w wydaniu The Tough Alliance, Melpo Mene, Air France, Jensa Lekmana czy Lykke Li, ze Szwecji w miarę regularnie dostajemy jakiś kawałek ciekawego popu (dorzucę jeszcze Sambassadeur z nowszych rzeczy i dalej nie wymieniam, bo i miejsca szkoda i pamięć już w tym wieku nie ta).
Gdzieś w tym gronie całkiem dobrą pozycję zajmują od blisko dekady sztokholmczycy z Shout Out Louds oferujący bezpretensjonalną, ale niebanalną mieszankę popu i lekkiego gitarowo-syntezatorowego rocka. Zwrócili na sobie uwagę już pierwszym albumem, szerzej zaistnieli drugim, teraz wracają z trzecim wydawnictwem Work.
Trzeba od razu przyznać, że Shout Out Louds nie lubią chyba tkwić zbyt długo w jednym miejscu, bo każdy ich album zawiera nieco inaczej zabarwioną muzykę. Energetyczny, wystrzałowy debiut, potem bardziej emocjonalna, bardziej melancholijna, głębsza i bogatsza brzmieniowo druga płyta (z pamiętnym Impossible w zestawie). Tegoroczny Work to znowu coś trochę innego. Phil Ek, producent znany ze współpracy m.in. z Built To Spill czy The Shins, uprościł brzmienie zespołu, kierując je na nieco bardziej rockowe tory. Nadal jest tu sporo melancholii, ale w porównaniu z poprzednią płytą, Work brzmi bardziej bezpośrednio i rzeczowo. Mniej tu pastelowych, rozmytych klimatów, a więcej zdecydowania i wyrazistości w doborze środków.
Gdzieś padł zarzut, że poza singlowymi Walls i Fall Hard niewiele się na płycie dzieje. Zupełnie się z tym nie zgadzam, płyta pełna jest chwytliwych popowych melodii, a singlowy potencjał tkwi również w 1999, Throwing Stones czy Show Me Something New. Kluczem do odbioru tej płyty jest zrozumienie, że zespół nie staje w kolejce po laury za oryginalność ani nie aspiruje do miana liderów przełomu. W ich muzyce czytelnie pobrzmiewają echa twórczości The Cure, New Order czy Belle and Sebastian i zespół nawet tego jakoś specjalnie nie tuszuje. Mam wrażenie, że Shout Out Louds chcą po prostu dostarczać rozrywkę na dobrym poziomie, przy okazji samemu dobrze się bawiąc.
Work nie jest wielką płytą, jednak na tyle sympatyczną by utrzymać uwagę słuchacza i by do tych piosenek chciało się wracać. To przyjemna, pogodna, choć momentami nieco refleksyjna, znakomicie zrealizowana płyta, która doskonale sprawdza się w drodze i sprawia, że mijane pejzaże wydają się ładniejsze. Towarzysz w sam raz na wyczekane od miesięcy nadejście wiosny, pierwsze poważniejsze promienie słońca, zieleniące się drzewa i nadzieję, że wszystko będzie już dobrze.