The National aż do obrzydzenia

O tej płycie miałem napisać już dawno. Potem się rozmyśliłem. Potem znowu miałem napisać. Ale nie napisałem. No więc piszę. Piszę dlatego, że o płycie piszą wszyscy, przyłączając się ślepo do chóru piewców, że oto mamy nowych bożyszczy. Piszę sprowokowany faktem, że o The National napisał nawet tygodnik opinii dla mało wymagających ludzi nie posiadających własnych opinii, czyli Przekrój i tylko czekać, gdy artykuły o zespole pojawią się w Gościu Niedzielnym i Wiadomościach Wędkarskich. Piszę dlatego, że prawie wszyscy wciskają kit. Zespół istnieje od jedenastu lat, przed tegorocznym High Violet wydał cztery równie znakomite płyty (nie licząc jednej ep-ki), uznanie zyskał już debiutanckim albumem i nagle, po tylu latach, całe te lamerskie masy dokonały cudownego odkrycia zespołu. Żeby było dziwniej, zjawisko nie dotyczy tylko naszego krajowego zaścianka, gdzie dość normalne jest, że odkryciem roku zostaje artysta z kilkunastoletnim dorobkiem i tego typu odgrzewane rewelacje zdarzały się już nie raz, ale sytuacja ma miejsce w pewnym stopniu również na bardziej rozwiniętych rynkach, gdzie świadomość muzyczna fanów wydawałaby się większa.

Dla kogoś, kto z The National zetknął się po raz pierwszy właśnie przy okazji High Violet zespół pewnie jest odkryciem. Gdy czytam te wszystkie teksty o płycie, nie mam wątpliwości, że do ich pisania zabrali się (zostali zaangażowani) mocno przypadkowi „specjaliści”, na co dzień zasłuchani w U2 i Coldplay. Powtarzane ślepo jeden za drugim porównania, to do Leonarda Cohena, to do U2 właśnie, mają taką samą wartość, co wiedza muzyczna i osłuchanie tych „specjalistów” właśnie.

High Violet wpisuje się bez zaskoczenia w progres stylistyczny zespołu jaki dokonywał się z albumu na album, a który osiągnął swoje maksimum na poprzedniej płycie Boxer z 2007 roku. Tegoroczne wydawnictwo nie przebija poprzedniego. Wzorem wszystkich płyt zespołu, płyta błyszczy bogactwem melodii, jednakże brzmieniowo i klimatycznie zespół utracił nieco intymności, która do tej pory zdawała się być najważniejszym znakiem rozpoznawczym grupy. Mam wrażenie, że na High Violet jest toporniej, bardziej łopatologicznie i bez niedomówień.

W maju miałem okazję zobaczyć zespół na żywo w berlińskiej Astra Kulturhaus. Kto miał okazję ich widzieć na scenie (zespół występował w zeszłym roku na Off Festival), ten wie, że The National koncerty daje świetne. Nie inaczej było w Berlinie. Zestaw piosenek niemal modelowy (pamiętając, że był to koncert w ramach trasy promującej nowy album), a zespół w doskonałej formie. Połowę koncertu stanowiły utwory z nowego krążka (zespół zagrał całą płytę), połowę starsze numery, ze szczególnym naciskiem na piosenki z Boxer i Alligator, dwóch poprzednich, doskonałych wydawnictw grupy. Całość przepojona doskonałym kontaktem z publiką, a niewymuszony i autentycznie dowcipny stage banter sprawił, że nawet spapranie jednego kawałka zostało przyjęte z dużą dozą sympatii.

The National starają się łączyć ogień z wodą. Z jednej strony na nowej płycie jednoznacznie stroją zaloty do mainstreamowej publiczności, z drugiej udają, że nic się nie zmienili i robią wszystko by zachować swój nowojorski urok niezależnego bandu. I choć powszechne zachwyty, dominujące w ocenach najnowszych dokonań grupy, świadczą o udanym podboju masowych gustów, sukces jest moim zdaniem powierzchowny. The National zyskują obecnie co prawda poklask i sympatię w oczach dotychczasowych fanów U2 czy Coldplay, ale wydaje mi się, że stracili sporo u swoich twardych zwolenników, dla których jeszcze niedawno stanowili niemal obiekt kultu.

Nie wierzcie pseudo-recenzjom High Violet w Gościu Niedzielnym i Wiadomościach Wędkarskich. Nie wierzcie temu, co napisałem powyżej. Posłuchajcie The National. Ale proszę, nie tylko High Violet, ale przynajmniej też wcześniejszych Alligator i Boxer.

Bookmark and Share

8 Responses to “The National aż do obrzydzenia”

  1. pszemcio says:

    a jakie uznanie zespół zyskał już przy debiucie?

  2. marazz says:

    a co to jest wg Ciebie uznanie? jak je definiujesz?

  3. pszemcio says:

    ale czemu odpowiadasz pytaniem na pytanie? przecież, to ty napisałeś a nie ja.

    no ale ok – odpowiem ci (choć to banalne)

    -uznanie krytyków – w tym przypadku w ogóle mało kto ich zauważał
    - uznanie słuchaczy – obóz fanów w 2001 raczej raczkujący

  4. marazz says:

    zapytałem, bo spodziewałem się właśnie takiej odpowiedzi :)

    krytycy – mało mnie zwykle obchodzą, bo mają to do siebie, że budzą się za późno i zapalają właśnie na rzeczy, które od dłuższego czasu są głośne wśród słuchaczy.

    słuchacze – tu jest nieco większy problem, bo widzę, że dla Ciebie uznanie zaczyna się od jakiejś ogromnej liczby fanów, sprzedanych płyt, tras po całym świecie itp.

    tymczasem historia z The National była taka (podobnie jak np. z Julianem Plenti przed Interpol), że zespół zanim wydał debiutancką płytę, kilka lat intensywnie koncertował w nowojorskich (i nie tylko) klubach, zdobywając W PEWNEJ SKALI status niemal kultowy jeszcze przed debiutem. oczywiście, może to był TYLKO Nowy Jork, ale stawiam, że obiektywnie rzecz biorąc jest tam więcej świadomych fanów niezależnej muzyki niż w całej Europie Środkowo-Wschodniej. debiutancka płyta była już więc na tamtym rynku mocno wyczekiwana i została przyjęta ze sporym uznaniem – stąd to zdanie w moim tekście, którego tak się uczepiłeś :)

    pewnie poznałeś The National po Boxer, co? jeśli po Alligator to jestem pełen UZNANIA ;)

  5. pszemcio says:

    Sorry, ale pisanie o uznaniu automatycznie sprowadza się do pisania o krytyce i to czy ciebie to obchodzi – niczego tu nie zmienia. A generalnie, czy status lokalnej klubowej gwiazdy (choć mam wątpliwości czy oni czymś takim za czasów S/T w ogóle byli), to oznaka takiego “uznania”, żeby teraz aż tak z góry patrzeć na wszystkich, którzy nie kojarzyli kapeli za czasów pierwszych płyt? Z całym szacunkiem – z tego tekstu bije jakaś drażniąca megalomania:

    -”całe te lamerskie masy dokonały cudownego odkrycia zespołu.”
    -” mocno przypadkowi „specjaliści”, na co dzień zasłuchani w U2 i Coldplay. ”

    no sorry

    PS. Poznałem National po Alligatorze, po recce na screenagers, ani mi z tym dobrze ani źle, a zaległości już dawno nadrobiłem

    pzdrv

  6. marazz says:

    “pisanie o uznaniu automatycznie sprowadza się do pisania o krytyce” – kto tak powiedział? to jest jakaś ogólnie obowiązująca prawda objawiona? jeśli Ty tak to rozumiesz to ok, to wzoruj się dalej na krytykach, masz do tego prawo. ale tutaj, jak to celnie ujął kiedyś mój przyjaciel “to jest mój blog i mogę sobie na nim pisać co mi się żywnie podoba”.

    starałem się wskazać Ci argumenty dlaczego użyłem takiego sformułowania, Ty ich nie przyjmujesz, trudno. a wystarczyłoby poszperać po necie lub popytać starszych, oblatanych kolegów. jak sam przyznajesz, nie znałeś kapeli w tamtych czasach, ale jakoś dziwnie jesteś pewien, że po debiucie uznania nie było. dlaczego? bo TY o nich wówczas nie usłyszałeś? i kto tu jest megalomanem??? ja nie odmawiam jakimkolwiek kapelom uznania, tylko dlatego, że ja do nich nie dotarłem. muzyki i wykonawców są takie masy, że nie sposób znać wszystko od samego debiutu.
    z Twoich zaczepek wyziera jakiś kompleks późnego poznania zespołu. drogi przemcio! wyluzuj! niesłusznie się tak chłostasz! ja też nie znam wielu wykonawców, które właśnie dzisiaj ZYSKUJĄ UZNANIE, może poznam je wkrótce, a może za parę lat po wydaniu trzeciego albumu. może dzisiaj zlewam jakiś rodzaj muzyki, lokując swoje zainteresowania gdzie indziej, a za kilka lat “dojrzeję”. częścią pewnie nie zainteresuję się nigdy.
    trochę pokory!

    podsumowując, ja nie piszę recenzji z płyt. tylko moje osobiste wrażenia lub luźne teksty zainspirowane płytą. staram się, żeby każdy tekst zawierał coś z czym będzie można podyskutować. cieszę się, że tym razem aż tak mi się to udało, na co dobitnie wskazuje Twój odzew :)
    biorę jednakże pod uwagę również taką ewentualność, że tak naprawdę te Twoje “uwagi” są skutkiem kryzysu wiary i tożsamości jaki przechodzisz, a czemu dałeś wyraz w ostatnim wpisie na swoim blogu. mam jednak nadzieję, że fakt, że Ty zwątpiłeś i przestało Cię bawić pisanie, nie musi automatycznie powodować, że NIKT nie powinien pisać tego na co ma zwyczajnie ochotę.

  7. pszemcio says:

    >wzoruj się dalej na krytykach

    nie powiedziałem tego, nie zrozumiałeś, mówię o konotacjach jakie niesie ze sobą samo stwierdzenie zyskania uznania

    >to jest mój blog i mogę sobie na nim pisać co mi się żywnie podoba”.

    masz rację, nie zabraniam łaskawie

    >a wystarczyłoby poszperać po necie lub popytać starszych, oblatanych kolegów.

    daj jakiegoś linka (tylko proszę – nie do allmusic, gdzie jest dokładnie takie samo, jednozdaniowe stwierdzenie jak u ciebie)

    >dlaczego? bo TY o nich wówczas nie >usłyszałeś? i kto tu jest megalomanem???

    nie dlatego, wtedy chyba nawet nie miałem neta, skąd miałbym słyszeć? z teraz rocka? fajnie to wymyśliłeś

    >kto tu jest megalomanem???

    błyskotliwa riposta na słowa “z tego tekstu bije jakaś drażniąca megalomania”. przeczytaj cytaty, które ci przytoczyłem i zastanów się kto gardzi prostakami od coldplaya

    >ja nie odmawiam jakimkolwiek kapelom uznania, tylko dlatego, że ja do nich nie dotarłem. muzyki i wykonawców są takie masy

    świetnie wymyślone, naprawdę, tylko o co ci chodzi i co to ma wspólnego z tym co pisałem.

    >trochę pokory!

    zajebiste w kontekście “lamerskich mas i specjalistów”

    > Twoje “uwagi” są skutkiem kryzysu wiary >i tożsamości jaki przechodzisz, a czemu >dałeś wyraz w ostatnim wpisie na swoim >blogu.

    masz mnie!

    >fakt, że Ty zwątpiłeś i przestało Cię >bawić pisanie, nie musi automatycznie >powodować, że NIKT nie powinien pisać tego na co ma zwyczajnie ochotę.

    nie zabraniam. dramatyzujesz i znowu wymyślasz

    stworzyłeś ciekawy portret psycholgiczny mojej osoby, proponuję powieść

    naprawdę pozdrawiam

  8. marazz says:

    > daj jakiegoś linka (tylko proszę – nie do allmusic, gdzie jest dokładnie takie samo, jednozdaniowe stwierdzenie jak u ciebie)

    proszę bardzo. pierwsze z brzegu.
    http://www.screenagers.pl/index.php?service=albums&action=show&id=725
    recenzja Alligator na screenagers, którą sam wywołałeś do tablicy, a w której znajduje się takie oto zdanie o płycie:
    “[...] Czegoś, co mogłoby zadecydować o wiarygodności The National jako zespołu znaczącego coś więcej niż tylko autora dwóch ciepło przyjętych krążków. [...]“.

    zapytaj ich o te “dwa ciepło przyjęte krążki”, skąd o tym wiedzą, czy mieli już wtedy neta itd.
    skoro taka to dla Ciebie wyrocznia to chyba ten cytat załatwia sprawę, co?
    no chyba, że zajmiemy się teraz semantyką i będziemy roztrząsać czy “ciepło przyjęte” to to samo co “uznanie”.

    do pozostałych zdań z Twojego wpisu w zasadzie nie ma jak się odnieść, bo te pozbawione treści komentarze nie stanowią nawet żadnego kontrargumentu. ot, mowa-trawa, żeby tylko pozostawić jakiś ślad i stworzyć pozory odpowiedzi.

    w ogóle, mam wrażenie, że od początku nie chodzi Ci o ten debiut The National, po prostu miałeś ochotę się do czegoś przyjebać. nie wniosłeś niestety nic do dyskusji, wystarczyło napisać, że się nie zgadzasz i że tekst Ci się nie podoba i byłoby po sprawie.
    zawsze zastanawiają mnie takie postawy w necie, typowo polskie zresztą, taki jad i frustracja. z Twojego bloga wnioskuję, że masz gust i wiedzę o muzyce, szkoda że postanowiłeś ją wykorzystać w taki sposób. już lepiej chyba, żebyś pisał tego bloga.

Leave a Reply