Każdego roku media muzyczne zdają się prześcigać w wymyślaniu kolejnych „gatunków” muzycznych, które rzekomo aktualnie rządzą, względnie zaraz zaczną rządzić. Wiadomo, biznes musi się kręcić, nie mam z tym generalnie problemu. Pojęciami, które w 2009 roku zrobiły w ten sposób całkiem sporą karierę były m.in. chillwave i glo-fi. Już same nazwy nie zachęciły mnie do głębszego spenetrowania tego terenu, bo sugerują coś zupełnie przeciwnego od tego, co najbardziej cenię w muzyce, czyli krew, pot i łzy, a nie jakieś leniwe popierdywanie do drzemki na werandzie. Poprzestałem więc na powierzchownych odsłuchach.
Mniejsza jednak o etykiety, to co się liczy to fakt, że Causers of This to płyta znakomita, która pochłonęła mnie bez reszty, trzyma mocno i nie chce puścić. A podchodziłem do niej trochę jak do jeża. Próbki sypialnianej twórczości Chaza Bundicka, kryjącego się pod projektem Toro Y Moi, zaczęły się pojawiać już wiele miesięcy temu, ale nie poświęciłem im zbyt wiele uwagi. Wydanego na początku lutego albumu też nie od razu posłuchałem.
Nie wiem jaka jest zwykle pogoda w Południowej Karolinie, ale oceniając po szerokości geograficznej, sądzę, że jest tam całkiem przyjemnie. Słońca pewnie nie brakuje, a zabawowy naród beztrosko spędza czas na leżaczkach przy basenie. Okulary przeciwsłoneczne na nosie, uśmiech na twarzy i kolorowy drink w dłoni. Taki przynajmniej obraz maluje Bundick na Causers of This. Muzyka rozlewa się błogo, obleka pełnym słońcem i przyjemną bryzą, toczy z głośników leniwie w sam raz na tyle by się rozmarzyć, a nie usnąć. Oślepione słońcem oczy i zamglony drinkiem umysł sprawiają, że otoczenie staje się rozmyte i lekko nierealne. Powietrze drży od upału i wszystko toczy się w nieco zwolnionym tempie.
Otwierająca album hipnotyczna, dream-popowa Blessa od razu wprowadza w przyjemny, lekki nastrój. Delikatnie szemrzące gitary i stłumiony beat płynnie przechodzą w rozmarzone synth-popowe Minors i już w tym momencie płyta ma mnie w całości. Doskonale jest do samego końca, nie ma tu słabego utworu, nie ma wypełniacza. Mamy tu i biały soul, i R&B, i hip hop, i syntezatorowy pop, i dance, i house, i sampling (you name it!), a wszystko w elektronicznym, lekko psychodelicznym sosie, przyrządzonym z dużym wyczuciem i zdradzającym spory sentyment do brzmień lat 80-tych ubiegłego wieku (tytułowy, zamykający płytę, Causers of This to wprost pełen zapożyczeń hołd dla tej dekady). Mieszanka sprawdza się znakomicie, przyjemnie buja i wprowadza w błogostan.
Chaz Bundick zrobił płytę, która bez wątpliwości mieści się w kategoriach chill-out’u. Ale nie dajcie się zwieść tej etykiecie, muzyka Toro Y Moi nie nudzi i nie muli jak większość chill-out’owych smęciarzy. Na tej płycie dzieje się tak dużo, że można jej słuchać na okrągło naprawdę długo (czego jestem żywym dowodem), odkrywając coraz to nowe detale i delektując się ukrytymi w niej smaczkami. Płyta wymaga nieco czasu by to wszystko wychwycić i docenić, ale nagradza słuchacza z nawiązką swoją głębią i różnorodnością.
Causers of This to przejaw muzycznej inteligencji, erudycji i innowacyjności jej twórcy. Facet osiągnął chyba mistrzostwo w tym co robi i nie bardzo potrafię sobie wyobrazić by w tym „gatunku” ktokolwiek potrafił go pobić. A sam Bundick zapowiedział już kolejną płytę i to jeszcze w tym roku.