Trochę mi się sufit ostatnio zwalił na głowę w pracy, stąd moja mniejsza aktywność na blogu i spore zaległości. Mam jednak nadzieję, że wracam do w miarę regularnego blogowania, bo zebrało się kilka pozycji, o których chciałbym napisać.
Zdaję sobie sprawę, że tekstem o nowym albumie Beach House dołączam do całkiem sporego już grona osób, które w różnych serwisach muzycznych i na swoich blogach napisały już o tym wydawnictwie. Nie da się ukryć, że płyta była jedną z najbardziej wyczekiwanych pozycji początku tego roku, a na naszym krajowym gruncie zyskała poważnego orędownika w osobie Artura Rojka, który nową płytę Beach House postawił, obok nowego Shearwater, na pozycji największych nadziei muzycznych bieżącego roku. Rok 2010, w opinii Rojka, ma być rokiem Beach House i Shearwater. Ciekawe, która z tych grup zostanie wkrótce ogłoszona na tegoroczny Off Festival…
Teen Dream to trzecia płyta duetu z Baltimore, który w ciągu pięciu lat swoim delikatnym dream-popem zdołał zebrać pokaźną rzeszę fanów. Trzecia płyta nie przynosi drastycznych zmian. Album zawiera spokojny gitarowo-syntezatorowy pop, a swoim bogactwem melodyjnym mógłby obdzielić spokojnie więcej niż jeden krążek.
Ta starannie i po prostu ładnie zaaranżowana płyta z początku urzeka. Wszystkie dziesięć piosenek to całkiem udane, solidnie poskładane utwory i trudno jednoznacznie skreślić którykolwiek z nich. Płyta zawiera sporo sympatycznych melodii, które nie absorbują zbytnio i sprawdzają się doskonale jako tło do wielu codziennych czynności. Jako taka, płyta stanowi miłą odskocznię i jest dobrym kompanem do chwil odpoczynku. Bardzo równy materiał sprawia, że wyróżnić można spokojnie więcej niż jeden-dwa utwory. Singlowy Norway to dość oczywiste pierwsze wskazanie, ale równie mocno wypadają Zebra, Silver Soul, Walk in the Park czy efektownie zamykający album Take Care. Słuchając płyty, w zasadzie nie ma się czego przyczepić, a jednak odczuwam coś nieokreślonego, co sprawia, że nie potrafię jakoś szczególnie zachwycić się tą płytą.
Pewną wadą albumu jest fakt, że wszystkie piosenki na nim zamieszczone są do siebie bardzo podobne, utrzymane w takim samym powolnym tempie i melancholijnym klimacie, co sprawia, że po dłuższym czasie Teen Dream lekko nuży i zwyczajnie smęci. Piosenki przechodzą płynnie z jednej w drugą i po pewnym czasie trudno się zorientować czy jesteśmy na początku czy może już na końcu płyty. Być może takie senne zagubienie (vide tytuł płyty) jest zamierzone, ale nie da się ukryć, że równość i solidność, które z początku jawią się atutem płyty, po dłuższym obcowaniu z nią sprawiają wrażenie bardziej przeciętności i szablonowości.
Jednakże do płyty wraca się z sympatią. I, jak dla mnie, chyba właśnie tym ta płyta pozostanie – przyjemnym, niezobowiązującym krążkiem, który nie do końca zachwyca, ale też którego przeciętność nie do końca wadzi. Ta płyta przypomina nostalgiczny sen i, podobnie jak nostalgia, jest dla mnie równie niejednoznaczna. Tęsknota za czymś przeszłym, co utrwaliło się w pamięci lub do czegoś, co wyobrażono sobie w marzeniach wydaje się uczuciem nieprzyjemnym, ale jednocześnie działa kojąco, ponoć poprawia stan zdrowia i pozwala lepiej radzić sobie z samotnością.
Zainteresowanym polecam całkiem jeszcze świeżą sesję zespołu na Daytrotter, gdzie zaprezentowali cztery piosenki z tej płyty.