Wzorem lat poprzednich (choć tamtych rankingów jeszcze w żadnej formie nie publikowałem) zamieszczam poniżej moje skromne podsumowanie 2009 roku. Jako że muzykę konsumuję przede wszystkim w formie albumów, ograniczam się do takiego właśnie zestawienia.
Specjalnie oryginalny pewnie nie jestem, mam nadzieję, że te płyty są Wam lepiej lub gorzej, ale jednak znane. Jeśli śledzicie inne rankingi to zauważycie też pewne podobieństwa (zwłaszcza pierwsza piątka trzyma się mocno praktycznie wszędzie), ale te płyty to naprawdę czołówka zeszłego roku, a ja nie mam zamiaru zmuszać się do kontestowania oczywistości dla samego tylko faktu. Jeśli udało mi się jednak czymś zaskoczyć albo nawet zachęcić do zapoznania się z którąś z płyt to bardzo się cieszę.
O większości płyt z zestawienia nie zdążyłem tu siłą rzeczy napisać, może uda się jeszcze o którejś szerzej wspomnieć.
Ale do rzeczy…
20. Kings of Convenience – Declaration of Dependence
19. Bill Callahan – Sometimes I Wish We Were An Eagle
18. Doves – Kingdom of Rust
17. Manic Street Preachers – Journal For Plague Lovers
16. Sonic Youth – The Eternal
15. Dinosaur Jr. – Farm
14. Them Crooked Vultures – Them Crooked Vultures
13. Mumford & Sons – Sigh No More
12. The Maccabees – Wall of Arms
11. Phoenix – Wolfgang Amadeus Phoenix
10. The Whitest Boy Alive – Rules
Świeża, bezpretensjonalna, lekka płyta. Dla mnie to doskonały przykład muzyki, która nie musi być wielka by się podobać i móc się przy niej świetnie bawić. Z założenia side project Erlenda Øye z Kings of Convenience, w tym roku wypadł zdecydowanie lepiej niż macierzysta grupa.
9. Arctic Monkeys – Humbag
Zmiana brzmienia, producenta i w dużym stopniu stylu wyszła tej grupie na dobre. Formuła wyeksploatowana na pierwszych dwóch albumach chyba nie uniosłaby ciężaru oczekiwań po raz trzeci. Bardzo dobra płyta, jedna z najbardziej niedocenionych w tym roku. Chłopcy nieco dojrzeli, jestem ciekaw co będzie dalej.
8. The Dead Weather – Horehound
Nie zaliczam się do chóru krytyków, którzy psioczą na kolejne projekty Jacka White’a, choć sam również chciałbym się jeszcze doczekać wyśmienitej płyty The White Stripes. Ale dopóki pan White wydawać będzie takie płyty jak ostatni The Raconteurs czy właśnie debiutancki krążek The Dead Weather, nie mam zamiaru narzekać.
7. Baroness – Blue Record
Ten album przywrócił nieco moją wiarę w ciekawe metalowe granie w tym roku, co po umiarkowanym rozczarowaniu najnowszym wydawnictwem Mastodon było zjawiskiem bardzo wskazanym. Ognista, niebanalna płyta, która emanuje pewnością siebie, a pod metalową powłoką maskuje dużo więcej do odkrycia. Więcej o tej płycie napisałem tutaj.
6. Fever Ray – Fever Ray
Solowy projekt Karin Dreijer z The Knife, o którym być może napiszę jeszcze coś więcej. Ogromnie ciekawa, głęboka płyta, która rozkwita z czasem i odkrywa coraz to nowe pokłady pomysłów. Trzy lata przerwy od genialnego Silent Shout The Knife to zdecydowanie zbyt długo, ale Fever Ray godnie wypełnia tę lukę.
5. Fuck Buttons – Tarot Sport
Jedno z moich najbardziej zaskakujących odkryć roku, bo od dłuższego czasu nie śledzę już tego typu muzyki. Dowód na to, że przy odrobinie szczerej pomysłowości i prawdziwej pasji, każdy gatunek muzyczny może być ponadczasowy i rodzić pozycje znakomite. Więcej o tej płycie napisałem tutaj.
4. Yeah Yeah Yeahs – It’s Blitz!
W ogólnym zestawieniu numer cztery, ale w kategorii „zespołów porzucających gitary na rzecz syntezatorów” na pewno numer jeden. Trzeci album w dorobku grupy nabrał autentycznej przebojowości, nie tracąc jednocześnie charakterystycznego rockowego pazura. Świetne kompozycje i odrobina czarodziejskiego dotknięcia Davida Sitek’a, który potwierdza, że jest w tej chwili jednym z najlepszych producentów.
3. The xx – XX
Debiut roku, a przy tym bardzo dojrzała, spójna i przemyślana płyta. Inspiracje tej płyty są tyle czytelne, co wykorzystane oryginalnie, z umiarem i smakiem, co w dzisiejszych czasach zasługuje na osobne słowa szacunku. To bardziej wyraz muzycznej erudycji niż zwykłego kopiowania. Skromna, delikatna płyta, pełna chwytliwych hooków. Więcej o tej płycie napisałem tutaj.
2. Animal Collective – Merriweather Post Pavilion
Płyta jeszcze przed jej wydaniem okrzyknięta mianem albumu roku i od tamtej chwili konsekwentnie hype’owana. Mniej wrażliwych mogło to doprowadzać do wymiotów, ale trzeba uczciwie przyznać, że płyta jest znakomita. Dość późno zrozumiałem o co chodzi kolegom z Animal Collective, na tyle późno, że jak już zrozumiałem to zespół ponownie zaskoczył mnie łagodniejszym i bardziej przystępnym obliczem. Świetna płyta, kipiąca pomysłami, oryginalną kreatywnością i dobrą zabawą.
1. Wild Beasts – Two Dancers
Bez wahania numer jeden. Płyta nie dość, że doskonała to jeszcze od początku do końca równa, wypełniona świetnymi utworami, do której wracam z przyjemnością odkąd ją poznałem. Jeśli zespół utrzyma formę na kolejnej płycie to będziemy mieli pretendenta do absolutnej czołówki indie, nie tylko w skali jednej płyty i jednego roku. Więcej o tej płycie napisałem tutaj.
elegancko, zaraz klikam do wypożyczalni, nadrobie zaleglosci za ostatnią dekadę
żebyś nadrobił dekadę to musiałbym Ci jeszcze zestawienia z 9 poprzednich lat podesłać
luz, zaczne od ubiegłego roku. juz wszystko mam, tylko na MOJEGO (!) ajfona musze zaladowac
Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem niesamowicie szerokich horyzontów muzycznych. I zazdroszczę, bo ja, mimo wieloletnich poszukiwań, nadal tkwię w okołometalowych brzmieniach. Żadna inna stylistyka ni cholery mnie nie urzeka. No może poza niektórymi kompozycjami z rejonów muzyki klasycznej i symfonicznej. Żałuję trochę, bo mam znacznie mniejszy wybór niż osoby pasjonujące się różnymi gatunkami.Tyle muzy na rynku, a ja w kółko to samo
bzofik -> ja się na thrashu wychowałem, złote lata tej stylistyki przypadły akurat na okres, w którym najbardziej chłonąłem muzę w dzieciństwie. w latach dominacji metalu spod znaku death i black zupełnie pożegnałem się z metalem, to była dla mnie kompletnie ślepa uliczka (co poniekąd widać dzisiaj). do dzisiaj staram się śledzić co ciekawsze zjawiska w metalu, ale zdarza mi się coś przeoczyć albo “odkryć” stosunkowo późno (jak w tej chwili na przykład Kylesa).
No to w takim razie mieliśmy podobne wzorce. Ja też wychowałem się na thrashu. Co ciekawe, większość moich kumpli w latach 80. miała bzika na punkcie Ironów i w ogóle całego NWOBHM. Ja jakoś średnio lubiłem brytyjski metal (teraz bardziej doceniam, choć w dalszym ciągu nie jestem wielkim fanem). Natomiast od razu zakochałem się w Master Of Puppets i Reign In Blood. A potem oczywiście w innych płytach Metalliki, Slayera, Megadeth, Anthraxu, Testamentu itd. Za death i black metalem, z drobnymi wyjątkami, też nigdy nie przepadałem.
Śledzę, co w trawie piszczy, lecz mało ciekawych zjawisk pojawia się ostatnio w metalu, nad czym trochę ubolewam.
Od jakichś 3 lat przeżywam fascynację zespołem Strapping Young Lad, szczególnie płytą Alien. Podoba mi się też nowy album Paradise Lost. Wg mnie, najlepszy materiał od czasów Draconian Times. Całkiem przyzwoita jest także Gojira, choć ciut monotonna. Natomiast nowy Megadeth i Slayer to dla mnie największe rozczarowania ubiegłego roku.
No to w takim razie mieliśmy podobne wzorce. Ja też wychowałem się na thrashu. Co ciekawe, większość moich kumpli w latach 80. miała bzika na punkcie Ironów i w ogóle całego NWOBHM. Ja jakoś średnio lubiłem brytyjski metal (teraz bardziej doceniam, choć w dalszym ciągu nie jestem wielkim fanem). Natomiast od razu zakochałem się w Master Of Puppets i Reign In Blood. A potem oczywiście w innych płytach Metalliki, Slayera, Megadeth, Anthraxu, Testamentu itd. Za death i black metalem, z drobnymi wyjątkami, też nigdy nie przepadałem.
Śledzę, co w trawie piszczy, lecz mało ciekawych zjawisk pojawia się ostatnio w metalu, nad czym trochę ubolewam.
Od jakichś 3 lat przeżywam fascynację zespołem Strapping Young Lad, szczególnie płytą Alien. Podoba mi się też nowy album Paradise Lost. Wg mnie, najlepszy materiał od czasów Draconian Times. Całkiem przyzwoita jest także Gojira, choć ciut monotonna. Natomiast nowy Megadeth i Slayer to dla mnie największe rozczarowania ubiegłego roku.