Między popem a eksperymentem

yeasayer_odd_bloodOdd Blood rządzi w moim odtwarzaczu już od dłuższego czasu i od dłuższego czasu zabieram się by napisać tu kilka słów na temat tego albumu. Gdy więc ogłoszono w tym tygodniu, że Yeasayer wystąpi na tegorocznym Open’erze, uznałem to za dobrą okazję by wreszcie podzielić się moją opinią na temat ostatniej płyty zespołu.

Yeasayer to jedna z tych grup, które stają się pupilkami niezależnych mediów jeszcze przed wydaniem jakiejkolwiek płyty. Po wydaniu debiutanckiego albumu All Hour Cymbals w 2007 roku, zamieszanie wokół zespołu zaczęło zataczać coraz szersze kręgi i sława rozlała się po całym świecie. Druga, wydana przed paroma tygodniami płyta Odd Blood, była bardzo wyczekiwana.

Yeasayer od początku swobodnie i z dużą erudycją mieszali w swojej muzyce różne gatunki i style muzyczne, jednak nowa płyta, nie odchodząc od ogólnej idei eklektyzmu, przynosi dość sporą zmianę stylu. O ile debiut lokować można było gdzieś w ramach wspólnego zbioru psychodelicznego indie-rocka, folku i jakiegoś retro-popu, to Odd Blood wypełnia przede wszystkim pierwszorzędnej miary nowoczesny indie-pop, dyskotekowe rytmy i brzmienie zdecydowanie bardziej elektroniczne niż na debiucie. Cechami wspólnymi, które pozostały niezmienne i łączą oba albumy, są ta lekko psychodeliczna aura i gęste, bogate aranżacje.

yeasayer_bandAlbum zaczyna się w zasadzie od drugiego utworu. Otwierający płytę The Children, poza zagęszczoną teksturą, niewiele mówi o tym, co dalej na płycie i stanowi swego rodzaju zmyłkę dla słuchacza. Następująca jednak po nim dynamiczna sekwencja czterech utworów to jeden z największych killer-zestawów jakie ostatnio miałem okazję słyszeć. Ambling Alp to jeden z highlightów albumu i z pewnością pretendent do najlepszego singla roku. Madder Red, mój obecnie ulubiony utwór z płyty, to fantastyczny kawałek popu, powalający melodyjnością, i jakością wokali. I Remember to niebanalna, eteryczna ballada, a O.N.E., drugi singiel z płyty, to dzikie taneczne party. Dalej wcale nie jest gorzej, Yeasayer kontynuują swoją kwasową jazdę, racząc słuchacza to neonowymi klubowymi beatami w Rome i Mondegreen, to szczyptą syntezatorowej psychodelii w Love Me Girl i Strange Reunions. W każdym momencie albumu zespół prezentuje się bardzo pewnie, bez najmniejszej obawy realizując swoje pokręcone muzyczne pomysły.

Album wyróżnia się dbałością o swoją fundamentalną jakość. Żadnemu utworowi nie można zarzucić miałkości, cała płyta zbudowana jest w oparciu o solidne, ciekawe melodie, nietuzinkowe aranżacje i misję dostarczenia słuchaczowi pierwszorzędnej rozrywki. Te pojęcia są w dzisiejszym popie często szkalowane. Mam wrażenie, że słuchaczom zbyt często mydli się oczy pozorną atrakcyjnością, która tuszuje nijakość i trywialność podstaw. Tymczasem Yeasayer fundamenty ma mocne i za to, że nie próbują nam wciskać kitu należy im się duży szacunek.

Yeasayer na nowej płycie brzmią lepiej, spójniej, dojrzalej i są więcej niż gotowi by sięgać po coraz wyższe cele. Drugą płytą, grupa demonstruje wolę walki o najwyższe trofea, co cieszy, tym bardziej, że ich droga nie prowadzi bynajmniej na skróty. Trzymam za nich kciuki, bo właśnie takiego popu chciałbym słuchać.

Obecność na ich koncercie na Open’erze obowiązkowa!

Bookmark and Share

Leave a Reply