„Hello, I’m Johnny Cash”

CashVl mktg squareJohnny Cash to dla mnie postać całkowicie wyjątkowa. Nie ma najmniejszego sensu bym zagłębiał się tutaj w szczegóły jego twórczości, gdyż czegokolwiek bym nie napisał, nie jestem w stanie właściwie oddać jego burzliwej kariery i jego zasług dla muzyki rozrywkowej.

Casha uwielbiam we wszystkich wcieleniach, czy to country, gospel czy rockabilly z początków kariery czy późniejszy rock’n’roll czy nawet rock, sposób w jaki wykonywał swoje utwory i interpretował tradycyjne pieśni, jego własny wyraźny styl sprawiają, że nie sposób go porównać do kogokolwiek. Nie umniejszając nikomu zasług, o ile Elvis Presley przez całą niemal karierę pozostawał wybrylantynowanym, wycekinowanym, zbuntowanym pozerem, tak Johnny Cash od początku był szczerym, bezpośrednim artystą, w pełni świadomym tradycji, z której czerpał.

Pozycją absolutnie wyjątkową w katalogu Johnny’ego Casha są, wyprodukowane przez Ricka Rubina, albumy z serii American Recordings, której szósta odsłona American Recordings VI: Ain’t No Grave miała właśnie swoją premierę. Od razu przyznam, że zaskoczył mnie sam pomysł wydania kolejnej jeszcze płyty w tej serii. Mając w pamięci kontrowersje związane z American Recordings V: A Hundred Highways z 2006 roku (Johnny Cash nie miał szans na akceptację aranżacji utworów, gdyż wykonano je już po śmierci artysty), wydawało mi się, że seria zakończy się na pięciu albumach. A tu proszę, po kolejnych czterech latach o kontrowersjach jest jakby ciszej i pozostaje tylko to pytanie bez odpowiedzi, czy płytę wydano dla zgarnięcia dodatkowego jeszcze zysku czy po to by zaprezentować światu nieznane dotąd utwory Casha.

johnny_cashJakie przesłanki nie leżałyby u podstaw wydania płyty, nie zmienia to faktu, że po raz kolejny mamy okazję posłuchać ciepłego barytonu Johnny’ego Casha w premierowych utworach. American Recordings: Ain’t No Grave daleko niestety do jakości pierwszych dwóch płyt serii wydanych w latach 1994 i 1996, płyta przypomina klimatem poprzedniczkę. Utwory nie są już pierwszego sortu i brakuje im trochę przebojowości i brawury poprzednich wydawnictw, jednak to co najważniejsze, czyli intymny, o barwie zdradzającej wymęczonego chorobą starca, głos Casha pozostaje jednak niezmienny. Man In Black wzrusza cały czas tak samo. Mając świadomość, że utwory nagrywano w ostatnich miesiącach życia artysty, nie sposób ukryć podziwu. Jak zwykle na płytach American Recordings mamy tutaj szerokie spektrum utworów, od premierowych nagrań Casha, przez interpretacje tradycyjnych amerykańskich pieśni, aż po, tak charakterystyczne dla serii, wykonania utworów innych artystów. Tym razem posłuchać możemy m.in. coverów piosenek Sheryl Crow (świetne Redemption Day), Krisa Kristoffersona i Toma Paxtona.

Czasem słychać głosy, że cała seria American Recordings to czysto marketingowe przedsięwzięcie, zaprojektowane i przeprowadzone wyłącznie po to by jeszcze trochę biznesowo wyeksploatować legendarnego starca. Za tak postawioną tezą przemawia być może zbyt rozwlekła seria (6 płyt to chyba za dużo) i związane z tym pewne nierówności repertuarowe (nie udało się uniknąć kilku typowych wypełniaczy). American Recordings, których początkowym zamysłem było odbudowanie podupadłej w latach 90-tych kariery Casha i przybliżenie artysty młodszej, bardziej rockowo zorientowanej publiczności, z czasem nabrały cech swoistego testamentu artysty, podsumowania blisko półwiecznej kariery, a zarazem oddanego mu w ten sposób hołdu. Nie ma więc nic dziwnego w tym, że zwłaszcza dwa pośmiertnie wydane albumy, pełnią nie tylko typową dla nowych wydawnictw rolę, ale także mają swego rodzaju wartość dokumentalną. I choć wytwórnia deklaruje, że American Recording VI: Ain’t No Grave to ostatnia płyta serii, mam nieodparte przeczucie, że Rick Rubin dysponuje jeszcze wieloma nagraniami, które być może ujrzą jeszcze kiedyś światło dzienne.

A odnośnie wykorzystywania, posłuchajcie choćby poniżej interpretacji Hurt z repertuaru Nine Inch Nails. Pytam – kto tu kogo i do czego wykorzystał? (utwór pochodzi z wydanej w 2002 roku American Recordings IV: The Man Comes Around).

Bookmark and Share

2 Responses to “„Hello, I’m Johnny Cash””

  1. zwei says:

    Burns, burns, burns, the ring of fire…..
    po przeczytaniu wyciągnąłem z szuflady płytę Casha i z przyjemnością jej się oddaję.

  2. marazz says:

    Bardzo mnie cieszy taka reakcja na ten tekst :)

Leave a Reply