Bez niespodzianek

broken_bells_coverBroken Bells to wspólny projekt James’a Mercer’a z The Shins i Danger Mouse’a. Generalnie rzecz biorąc, płyta brzmi jak… połączenie The Shins z produkcjami Danger Mouse i gdybym pisał ten tekst na Twittera to na takim podsumowaniu bym poprzestał.

The Shins to zespół, który miał już w dorobku dwa uznane w niezależnym światku albumy, gdy Zach Braff umieścił kilka ich piosenek w swoim niezapomnianym filmie Garden State z 2004 roku. Te kilka utworów, a zwłaszcza New Slang, piosenka, która „odmieni twoje życie”, sprawiły, że popularność grupy gwałtownie wzrosła, pozwalając jej sprzedać swój trzeci i ostatni jak dotąd album w rekordowych jak na taki zespół ilościach.

Brian Burton aka Danger Mouse to producent i multiinstrumentalista, którego pewnie nie trzeba przedstawiać, druga połowa ostatniej dekady przynosi wystarczająco dużo przykładów jego kunsztu jako producenta (m.in. Demon Days Gorillaz, Pieces of the People We Love The Rapture, s/t The Good, The Bad & The Queen, Attack & Release The Black Keys czy Modern Guilt Becka). Danger Mouse współtworzył też kilka projektów, z których najbardziej znany to Gnarls Barkley.

broken_bells_band_2Debiutancka płyta Broken Bells brzmi tak jak można się było spodziewać. W wymiarze muzycznym to sympatyczna mieszanka, niedalekiego od dokonań The Shins, indie-rocka i gitarowego popu z jednej strony oraz charakterystycznych beatów i dźwięków autorstwa Danger Mouse z drugiej. Trzeba uczciwie przyznać, że mieszankę przyrządzono z dużym smakiem i w dobrym guście, jednakże próżno szukać na tej płycie jakichkolwiek zaskakujących patentów czy wolt stylistycznych. Pewnym plusem płyty jest głos Mercer’a – wokalista The Shins stosuje tutaj dużo szerszą paletę barw i odchodzi nieco od monotonii, do której przyzwyczaił nas w swojej macierzystej grupie, bawiąc się to falsetem to niższymi rejestrami. Ogólnie jednak jest dokładnie tak, jak takie spotkanie można sobie było wyobrazić, bez niespodzianek.

Dużo ciekawiej dzieje się w warstwie brzmieniowej. Danger Mouse odszedł tutaj niemal całkowicie od samplowania i skupił się na żywych instrumentach i wysmakowanej obróbce dźwięku, z dużym wyczuciem charakteru materiału. Rezultat jest doskonały, płyta brzmi świetnie, czysto i selektywnie. W większości piosenek pomysły realizatorskie Danger Mouse’a stoją nieco w tle, oddając pole podstawowym elementom kompozycji, naturalnej melodyjności piosenek i głosowi Mercer’a. W paru miejscach płyty, Danger Mouse odciska jednak wyraźniejsze piętno i daje upust charakterystycznym cechom swojego rozpoznawalnego stylu. Do takich utworów należą m.in. The Ghost Inside, który ze swoimi beatami spokojnie mógłby znaleźć się na płycie Gnarls Barkley i nawet Mercer ze swoim falsetem brzmi niemal jak Cee-Lo Green, czy Mongrel Heart i, jeden z najlepszych na płycie, The Mall & Misery.

Takie eksponowane beaty stanowią jednak tutaj mniejszość. Większość utworów ma bardziej piosenkowy charakter utrzymany w popowych i łagodnie rockowych klimatach. W aranżacjach dominuje akustyczna gitara, pianino, z uzupełniającą obecnością beatów i syntezatorów. Całość ma swobodny, niewymuszony klimat i słucha się tego bardzo przyjemnie. Duża w tym zasługa Danger Mouse’a, który za cel nadrzędny stawia najwyższą jakość i spójność końcowego efektu, na bok odsuwając efekciarskie popisy i nadmiar ozdobników. Prochu tą płytą panowie nie wymyślili, ale ja jestem zdecydowanie na tak!


The High Road

Broken Bells | Teledyski w MySpace

Bookmark and Share

5 Responses to “Bez niespodzianek”

  1. zwei says:

    zamówione. posłucham i ocenię :)

  2. zwei says:

    wydaje mi się, czy pół roku za chwile Szanownemu Redaktoru stuknie ? ;)

  3. marazz says:

    zwei -> chyba jeden miesiąc zgubiłeś ;) poza tym – żaden to okrągły jubileusz :)

  4. zwei says:

    rozumiem, że jak dodawanie było w szkole, to gąbke poszedłeś zmoczyć, ale nie chce wyjśc inaczej :) od listopada do kwietnia (jego zakończenia oczywiscie) to sześć miechów jak w ryj ;)

  5. marazz says:

    no to policz jeszcze raz spokojnie, palce dwóch rąk Ci wystarczą ;)
    dla ułatwienia dodam, że zacząłem 15 listopada, więc pierwszy miesiąc mija 15 grudnia, drugi 15 stycznia itd.
    i co Ci wychodzi z tej skomplikowanej kalkulacji? ;)

    lepiej się za słuchanie muzy weź, bo liczenie to najwidoczniej Twoja nienajmocniejsza strona ;)

    peace!

Leave a Reply